środa, 12 października 2016

Friends will be friends

Nie miała baba kłopotu... znalazła sobie przyjaciółki. A w zasadzie same się pojawiły, nie pytając jej, czy w ogóle ma ochotę się tę kołomyję się pakować. Przyjaźń między kobietami nigdy nie jest prosta, a gdy w grę wchodzi przyjaźń czterech bab, to już w ogóle jest komediodramat. Kilka dni temu miałyśmy idealne potwierdzenie tej tezy.

Przedstawmy fakty - jesteśmy cztery, o różnych charakterach i podejściu do życia. Nikt nie wie co sprawia, że mimo tych różnic przyjaźnimy się od lat. Nie wnikajmy dokładnie od ilu, to jest zupełnie marginalna sprawa. Mieszkamy w czterech różnych miastach, więc w realu spotykamy się od wielkiego dzwonu. Jesteśmy niczym filmowe Lejdis, które sylwestra obchodziły w środku lata. U nas jest podobnie, np. moje urodziny świętowałyśmy we wrześniu zamiast w czerwcu. 

Z powodu odległości postanowiłyśmy wykorzystać do słusznych celów Facebook'a i prowadzimy tam sobie grupową rozmowę o wdzięcznej nazwie "codzienność". Zamiast dzwonić do każdego po kolei, wrzucamy to wszystko na fejsa i od razu każda wszystko wie. Ostatnio jednak nasz kanał do codziennego kontaktu postanowił nam zrobić psikusa, wyświetlając D. przez większą część dni jako zalogowaną. 

Co się rodzi pozostałym Lejdis w głowie, gdy przyjaciółka jest zalogowana, ale od ponad tygodnia się nie odzywa? Uuuu... Drodzy Państwo, powiem Wam szczerze, że nieźle buzowało na łączach. Od "obraziła się" (ale cholera za co?), po "coś jej się stało!!!". Uruchomiłyśmy niemal pół województwa, żeby dotrzeć do delikwentki, która nam podniosła ciśnienie lepiej niż podwójne espresso. Oczywiście finał historii był taki, że poza jesiennym spadkiem mocy u bohaterki akcji, psikusa postanowiły nam zrobić chochliki komuputerowo-internetowe i po prostu coś spierniczyły na łączach. 

Ale muszę przyznać, że pozostaję pod wrażeniem całej sytuacji. Pominę fakt, że stworzyłyśmy kilka scenariuszy, które można by było wykorzystać w jakimś serialu :P Najważniejsze było to, że w ciągu kilkunastu minut stworzyłyśmy bazę osób, do których można uderzyć, żeby dowiedzieć się, czy wszystko z D. jest w porządku. W sensie fizycznym oczywiście, bo psychicznie to my wszystkie jesteśmy nieco skrzywione i na to trzeba brać poprawkę. Ha! Może to jest właśnie ten klucz do tego, że się jeszcze nie pozabijałyśmy. 

Najbardziej mi się w tej naszej przyjaźni podoba to, że w sytuacjach spornych możemy sobie w przenośni "dać po ryju" i wrócić do stanu równowagi. Taki pierwiastek męskiej przyjaźni występuje w naszych relacjach. Jeszcze kilka miesięcy temu On był przekonany, że my się tylko głaszczemy po głowach i stajemy za sobą murem, nawet gdyby jedna z nas robiła największe głupoty świata. Na szczęście dla siebie przekonał się, że potrafimy rozmawiać również bez cukru i lukru. 


Na szczęście przyjaźń damsko-damska różni się od przyjaźni między facetami. On nie może pojąć tych naszych wielogodzinnych wirtualnych konwersacji, gadania o pierdołach i potrzeby częstego kontaktu. Ja z kolei nie bardzo wiem jak On ze swoim wieloletnim przyjacielem może zdzwaniać się raz na kilka tygodni (i to przy dobrych wiatrach). Dodam, że to są rozmowy kilkuminutowe. Kończy, pytam "No i co tam u K.?". Odpowiedź: "Wszystko OK". No i bądź tu człowieku mądry, a im to w zupełności wystarczy. Do tego wszystkiego spotkają się dwa razy do roku na wódkę i też są w stanie podczas tych kilku godzin przegadać wszystkie istotne tematy. 

Jest to dla mnie nie do pojęcia jak im może to wystarczyć. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że ta szorstka przyjaźń męsko-męska zdaje egzamin, bowiem trwa już dobrych kilkanaście lat (tak nawet już koło dwudziestu będzie, prawda Mężu?). Tak czy siak, niezależnie od formy realizowania przyjaźni najważniejsze jest, że mimo upływu lat, zmian w życiu, pojawiania się dzieci, to nadal w tych przyjaźniach trwamy. 

I tego życzymy każdemu z Was - pięknych i trwałych przyjaźni!